wtorek, 17 lutego 2015

Michel Schneider "Marilyn. Ostatnie seanse"


Zachęcona biografią Marilyn Monroe autorstwa Alfonso Signoriniego (link) po ponad roku postanowiłam znów spotkać legendarną blondynkę lecz tym razem opisywaną piórem innego człowieka. Wybór padł na psychoanalityka – Michela Schneidera. Wielkim wyczynem byłaby degradacja tak burzliwego i intensywnego życia do nudnego reportażu, przy którym czytelnik ziewa nawet w południe. Panu Schneiderowi udało się to osiągnąć. (Wątpię, żebym przez cały czas zmagań z tą książką cierpiała na niedotlenienie.)
 
Motywem przewodnim dokumentu jest toksyczna relacja pomiędzy Marilyn Monroe a jej ostatnim (i chyba najważniejszym) psychoanalitykiem Ralphem Greensonem. MM była zagorzałą miłośniczką terapii, psychologii i filozofii. Zaczytywała się w traktatach doktora Freuda, a nawet przez pewien czas była pacjentką jego córki. Raplh Greenson zaintrygował ją już podczas pierwszego spotkania, gdyż jako jedyny mężczyzna, nie patrzył na nią pożądliwie. Przez cały okres trwania ich „związku” pozostawał wierny swojej żonie, którą Marilyn zresztą bardzo ceniła. Wprowadził aktorkę do swojego prywatnego życia, co wpłynęło na ich wzajemne uzależnienie od siebie. Przez ostatnie tygodnie życia MM pobierała terapie dwa razy dziennie, co poniekąd uczyniło z Greensona „lekarza jednej pacjentki”. Zajmowała mu tyle czasu, że nie mógł już pomagać innym, a każdy jego wyjazd w ramach szkolenia bądź wygłaszania naukowych wykładów, okupiony był morzem łez wypłakiwanych przez Monroe. 

Istniała między nimi jakaś tajemnica, rodzaj paktu opartego na pasji, w którym każde zdawało się mówić „Nie umrę, dopóki mną władasz”

Tym, co od razu uderza w strukturze książki jest brak chronologii. Stosowane przez autora skoki czasowe dekoncentrują czytelnika. Raz uczestniczy w wydarzeniach z roku 1946, później 2005, następnie 1950 itd. Skutkuje to zagubieniem na ścieżce życia aktorki, jej psychoanalityka i innych osób, których sylwetki są opisywane. Pomimo usilnych starań i uważnej lektury nie potrafię podać prawidłowej kolejności ważniejszych wydarzeń z życia MM, a książkę odłożyłam na półkę ledwie godzinę temu.

Autor sam przyznaje się do swobodnego traktowania źródeł, na których opiera swój dokument. Dlatego wszystkie wypowiedzi należy przyjmować z dystansem. Warto pamiętać, że głównym celem Schneidera nie jest poprowadzenie nas za rękę przez koleje losu Blondynki, lecz jej analiza psychologiczna. Konsekwencją tego działania jest dopasowywanie poszczególnych wydarzeń, myśli i dialogów do tezy, którą wysnuwa: Marilyn Monroe to osoba z podwójną osobowością – schizofreniczka; wieczne dziecko, szukające w seksualnych kontaktach z mężczyznami rodzicielskiej czułości, której zabrakło we wczesnej młodości.

Nie polecam tej książki jako pierwszej lektury o MM. Schneider zakłada, że ma do czynienia z czytelnikiem, który dobrze zna jej życie, mężów, kochanków i innych ludzi, którzy wiele dla niej znaczyli. Dzięki lekturze Signoriniego nie dziwiło mnie już nazwisko Joe di Maggio, Franka Sinatry czy Johna Kennedy’ego, jednakże obawiam się, że mogłabym niewiele zrozumieć nie mając  wspomnianego już wyżej fundamentu wiedzy. 

„Marilyn. Ostatnie seanse” uważam za lekturę ważną dla miłośników Monroe, którzy pragną zgłębić wiedzę psychologiczną na temat swojej idolki. Dla mnie to było dopiero drugie spotkanie z tą postacią. Cieszę się, że mam już je za sobą, gdyż wzbogaciłam swoją wiedzę o kilka pojęć natury psychologicznej. Mam nadzieję, że następna książka o MM, którą przeczytam będzie ciekawsza od „Ostatnich seansów”. I chyba nie będzie to wielkim wyczynem.

4/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz